ZDANIEM WETA #2 PASOŻYTY ZEWNĘTRZNE

Dziś pora na drugą część rozmów o naszych niechcianych lokatorach. Zbliża sią wiosna i czas szczególnie zastanowić się nad zabezpieczeniem naszych charcików przed pasożytami, które już niebawem zaatakują z każdej mijanej kępki trawy. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że w dzisiejszych czasach nasze psy narażone są na „atak” cały rok i w każdym środowisku dlatego też Paulina przygotowała dla nas trochę informacji, by zaznajomić nas z wrogiem i dowiedzieć się jak z nim walczyć.

ZDANIEM WETA

W zasadzie, to pozostajemy w temacie robali. Były robale w przewodzie pokarmowym (nie ruszaliśmy robali płucnych, sercowych, pasożytów krwi i w ogóle, ale tak, one istnieją i fajnie jest jak gdzieś tam coś się nam obije o uszy), ale dzisiaj czas na robale NA psie. Robaki na psie, czyli pasożyty zewnętrzne powinny być trochę prostsze i trochę mniej science fiction niż robale w środku. Słowo „powinny” jest tutaj dość kluczowe, bo jak pokazuje moje doświadczenie to nie każdy wierzy w to, że jego piesek może złapać pchełkę, czy kleszcza. Innego wszoła, świerzb, nużeńca (no dobra, ten nużeniec to trochę inna bajka, ale o tym zaraz). Bo to, że pies sąsiada może mieć, to ło pani, pewno, że ma!

Zacznijmy od podstaw – każdy pies ma możliwość złapania pchły, kleszcza, wszoła też.
Ze świerzbem już jest trochę ciężej. Najbardziej warte podkreślenia jest tutaj to, że tak samo jak z pasożytami jelit, tak i pasożyty zewnętrzne możemy przynieść psu my sami, osobiście. Na spodniach, płaszczach, sznurówkach, choince (!) itd. Nie oznacza to oczywiście, że mamy wszyscy już zaraz wpadać w paranoję. Ale budujemy świadomość tego, że takie rzeczy się zdarzają. Nie mamy na to wpływu, nic z tym nie zrobimy. Zresztą, klientka opowiadała mi, jak kiedyś sobie choinkę do domu przyniosła. Choinka postała chwilę w cieple i rozpełzło się z niej stado kleszczy. No i co zrobić? No nic, pogodzić się z losem.
I o ile jeszcze standardowemu właścicielowi ten kleszcz to jakoś jeszcze przejdzie przez myśl, o tyle pchła?! No gdzie, przecież pies śpi z nami w łóżku, nie ma kontaktu z psami, kotami i innym paskudztwem. Serio, każdy pies może mieć pchłę. I warto to zaakceptować. Im szybciej, tym znacząco lepiej.

PCHŁY
Nie będę nikogo raczyć nazwami łacińskimi, cyklem rozwojowym i innym takim. Najważniejsze rzeczy dotyczące tych małych plugawych żyjątek

  • Pchła NIE żyje na psie. Pchła żyje w otoczeniu, pod dywanem, w sianie/słomie, pod deskami budy, pod wykładziną… itp. Jak widzisz pchłę na psie, to ona właśnie się posila. Skacze na psa, gryzie go w dupsko (czy inne miejsce na ciele, ale z reguły okolica zadka jest spoko), zeskakuje, rozmnaża się i tak w kółko. Znaczy aż do śmierci.
  • Pchła NIE lubi człowieka. Serio, to nie tak, że jak pies ma pchły, to one od razu będą gryzły człowieka. One nas nie lubią, więc jak mają do dyspozycji psa, czy kota, jesteśmy nieatrakcyjni.
  • Pchła może przenosić tasiemca. I to już jest raczej na pewno bardzo mało zabawne. Ja wiem, że każdemu się wydaje, że no jakby połknięcie pchły nie jest łatwe. Skoro gdzieś są ludzie, którzy policzyli, ile zjadamy pająków (FUJ!) w ciągu życia, to nie wierzę, że nie zjemy pchełki. Pchełki, która skacze, jest malutka i może tam wpaść przypadkiem.
  • Niestety istnieją zwierzęta o znacznej nadwrażliwości na ukąszenie takiej pchełki. Wystarczy jedna, jedyna pojedyncza, która posili się na naszym zwierzu i zwierz ten zaczyna intensywnie się gryźć, wydrapywać itp. W zasadzie to zachowuje się jak my, po pogryzieniu przez komary. Stan taki nazywamy APZS (tj. alergiczne pchle zapalenie skóry). I jest to uciążliwe dla psa.

KLESZCZE
Mamy ich na terenie kraju kilka gatunków. Różnią się wyglądem i miejscem występowania.

  • Ustalmy najważniejsze i podkreślmy to sobie – KLESZCZE zabijają nam psy. Zabijają moich pacjentów. Zabijają dlatego, że czasem właściciel psa czeka za długo; zabijają dlatego, że czasem objawy choroby są wybitnie atypowe; zabijają czasem mimo szybkiej reakcji właściciela, szybkiego rozpoznania oraz dołożenia wszelkich starań. Z tym dziadostwem nie ma żartów.
  • Rzecz jasna, żeby kleszcz zabił sam z siebie to nie jest proste. Jednakże, kleszcze przenoszą wiele chorób: babeszjoza, anaplazmoza, erlichioza, borelioza (TAK! Borelioza też może występować u psów! A babeszjoza to nie to samo, co borelioza).
  • Kleszcz potrzebuje różną ilość czasu, żeby zarazić naszego psa. W zależności od tego, którym cholerstwem zarażony jest kleszcz, czas ten może się różnić. Autorzy podają czasy od 24-48h żerowania.
  • Kleszcz w teorii wybiera sobie miejsca o cienkiej skórze do wbicia się – pachwiny, pachy itp. W praktyce wyjmowałam kleszcze z: moszny, przestrzeni międzypalcowych, spodniej części ogona, odbytu, sromu i całego ciała. Za to w internetach można znaleźć kleszcze na dziąsłach, w uszach, itp.
  • W naszych obecnych warunkach pogodowych w kraju (tj. zimy raczej dość ciepłe; dużo słońca; ujemne temperatury po 2-3 dni) kleszcze są przez cały rok. Nie idą spać. I jeśli Wasz lekarz o tym mówi, to naprawdę nie chce zbić na Was kasy. W tajemnicy Wam powiem, że stanowczo więcej zarabia się na leczeniu niż profilaktyce. Ale ćśśśś. Żeby się nie wydało.

NUŻEŃCE
Nużeniec to taki trochę mój ulubiony pasożyt skóry psów (a ja w dermatologię to tak nie za zbytnio).

  • Najważniejsze, co musicie wiedzieć o nużeńcu to fakt, że wszystkie psy go mają. To taki ich kompan, kolega, komensal, żyje sobie i… jest fajny. Cudownie wygląda pod mikroskopem, jest takim uroczym robaszkiem z łapkami. W ogóle mega ciężko go u zdrowego psa znaleźć (u chorego czasem też).
  • Skąd więc ta „jazda” na leczenie nużycy? Nużeniec jest trochę jak Escherichia coli (to te super miłe bakterie w okrężnicy). Dopóki organizm jest zdrowy, to ich populacja jest na odpowiednim poziomie i wszyscy żyją w zgodzie, nie dając objawów. Jednakże przy: spadku odporności, niedoczynności tarczycy, stresie itd. nużeniec może się trochę rozhulać (jak studenci na Juwenaliach). Mnożą się i zaczynają dawać objawy.
  • Nużyca NIE JEST zaraźliwa dla innych psów.
  • Nużyca NIE swędzi, ale swędzą powikłania.
  • Najgorsza forma nużycy to postać uogólniona. Najcięższa do leczenia, najbardziej upierdliwa dla psa.

ŚWIERZBOWIEC

  • jest obrzydliwy, paskudny, wredny, wygląda jeszcze gorzej… i niestety jest ZARAŹLIWY. To ważne. W zasadzie przy jednym psie ze świerzbowcem w domu możemy spokojnie zacząć leczenie całego stada.
  • Swędzi! Swędzi na tyle intensywnie, że w krótkim czasie dochodzi do nadkażeń bakteryjnych skóry. Iii tak w kółko.

To rzecz jasna nie wszystkie pasożyty skóry psów, ale już widzę, że wychodzi za długo na krótką notkę, a że temat średnio przyjemny (no nie lubię dziadostwa, bo mnie potem wszystko swędzi) to zacznę się zbierać do tematów ważnych i ważniejszych.

DIAGNOSTYKA
Chyba najważniejsze do podkreślenia jest tutaj, że diagnostyka WSZYSTKICH schorzeń dermatologicznych jest: długa, mozolna, kosztowna, czasem wymaga wielu wyrzeczeń zarówno od psa, jak i od nas. Dotyczy to skrótowo wszystkich schorzeń, nie tylko o obecności jaśnie państwa wymienionych powyżej. Z najprostszych możliwości diagnostycznych w kierunku pasożytów zewnętrznych należy pamiętać:

  • o oględzinach → oględziny skóry dają nam w wypadku pasożytów niezmiernie dużo. Zaobserwować możemy zarówno bezpośrednią obecność pchły lub kleszcza, ale i kał pcheł, miejsce występowania wykwitów skórnych, łuszczącej skóry itp. Bez oglądania, które jest podstawową częścią badania klinicznego NIE ma wizyty.
  • Tzw. scotch test → test z taśmą klejącą. Brzmi może głupio, ale jeśli Wasz lekarz bierze do ręki taśmę klejącą, nie oznacza, że zwariował. Do taśmy przykleja się materiał, który można zbadać pod mikroskopem.
  • Test bibułowy → to też taki bardzo prosty i bardzo tani test (który zresztą możecie zrobić sami w domu). Kał pcheł ciężko jest na pierwszy rzut oka rozróżnić od zwykłego brudu. Test bibułowy to po prostu przetarcie/zebranie wilgotnym białym papierem tych małych grudek. Kał pcheł spowoduje zabarwienie papieru na ciemnoczerwono/brązowo, jako że stworzony jest głównie z krwi.
  • Test z wyczesywaniem → gęstym grzebieniem przeczesując sierść można łatwiej „wyłowić” obecne w danym momencie pchły, czy wszoły na psie.
  • Zeskrobina → tutaj czasami też można dostać zawału, kiedy do żywego, przytomnego psa Wasz lekarz podchodzi z ostrzem od skalpela. Zeskrobinę z reguły pobiera się z pogranicza skóry zdrowej i chorej. Najczęściej pobieramy zeskrobinę do uzyskania tzw. pierwszej kropli krwi. Jej pobieranie nie boli. Owszem, jeśli pies jest panikarzem, to należy go dobrze przytrzymać przez tych kilka sekund. Pozwala znaleźć nużeńce oraz świerzbowce.

Przy diagnostyce dermatologicznej ogólnie wykonuje się również badanie cytologiczne, czasem testy alergiczne, itd. Ale dzisiaj już nie będziemy się na tym skupiać.

ZAPOBIEGANIE I LECZENIE
Dochodzimy do tej części, w której czuję się najlepiej. Z oczywistych względów, nie będę się posługiwać nazwami handlowymi preparatów (nadal żadna firma farmaceutyczna nie chce dać mi biletu na wakacje do ciepłych krajów). Należy pamiętać, że możliwości terapeutyczne ZAWSZE dobiera Wasz lekarz, ten który OBEJRZAŁ zwierzę. Jeśli ktoś stawia Wam diagnozę na podstawie zdjęcia, mówiąc o nużycy, alergii, alopecji, grzybicy, podrażnieniu po szamponie itd. itp. to jest co najmniej nieodpowiedzialny. A jeśli jeszcze mówi Wam, czym to leczyć… Nie ma diagnozy bez wywiadu klinicznego, oglądania, omacywania, osłuchiwania, opukiwania (czyli części badania klinicznego). A badania dodatkowe (mikroskopowe, RTG, USG, krwi, moczu itp.) to są, jak nazwa wskazuje DODATKOWE.

Zapobieganie często łączy się z leczeniem, pod warunkiem użycia odpowiednich preparatów. I podanie „czegoś na kleszcze” może wykluczyć nam wszystkie możliwości naraz, a może zabezpieczyć tylko od pcheł i kleszczy. Oczywiście NIE MA środka idealnego. Obroża musi ściśle przylegać do skóry, krople muszą dobrze „współpracować” ze skórą psa, plus pies dwa dni przed i po nie mogą zmoknąć, tabletki podawane są ogólnoustrojowo (i nie każdy pies chce je chapnąć).

OBROŻE – ich zadaniem jest przede wszystkim ODSTRASZANIE, a w drugiej kolejności ZABIJANIE pcheł i kleszczy. Często działają też odstraszająco na meszki, komary, muchy. Wyróżniamy te zawierające:

  • olejki eteryczne → na pewno „ładnie śmierdzą”, ale ich działanie jest wątpliwe. Pewnie nie zaszkodzą, ale czy pomogą… Zdaję sobie sprawę, że brzmię jak nawiedzone babsko, które nie wierzy w nic naturalnego. Ja wierzę. Miałam kiedyś cudowny spray dla koni odstraszający owady. I psikałam nim konie, siebie, psy i działało miód malina. Ale ustalmy, że olejki eteryczne (te w kroplach na skórę również) nie wystarczą jeśli mieszkacie na terenie obfitującym w kleszcze, to może się źle skończyć, jeśli olejek będzie jedynym zabezpieczeniem.
  • substancje chemiczne → rodzajów jest kilka, część wodoodporna, część nie, niektóre działają ponad pół roku, inne 5 miesięcy, nie ma znaczenia. Obroża musi być dobrze założona (tj. ściśle przy szyi – jeśli wisi jak łańcuch, to się nie sprawdzi). Dwa – dobrze jeśli pies nie śpi wtedy z właścicielem. Trzy – może powodować miejscowe reakcje alergiczne. Cztery – bardzo ważne – obroża z deltametryną może uszkodzić Wam KOTA jeśli go macie. Na pewno podstawową zaletą obroży jest fakt, że działa długo, łatwo o niej pamiętać, jest stosunkowo tania (w przeliczeniu na ilość miesięcy, które działa).

KROPLE – ich zadanie i działanie jest podobne jak obroży (z wyłączeniem jednych, o których zaraz). I tutaj znowu wyróżnienie:

  • zawierające olejki eteryczne → działanie podobnie jak w obrożach
  • jednoskładnikowe → z reguły zawierające sam fipronil. O ile kiedyś fipronil był skuteczny, o tyle obecnie obserwujemy raczej stanowcze zmniejszenie skuteczności kropli na fipronilu
  • wieloskładnikowe → ich jest obecnych tyle na rynku, że jakby ktoś się postarał, to można o tym pisać doktorat. Które są dobre? Takie, które u naszego konkretnego psa działają, nie dają reakcji miejscowych i… Nie zabiją nam ewentualnych innych domowników (tak, znowu te nieszczęsne koty). Raz na zawsze warto sobie wpoić, że jeśli na kroplach jest napisane „nie używać u kotów” to znaczy nie lać NA kota, ale i uważać, jeśli lejemy je na psa. Te z reguły są przeznaczone do ochrony przed pchłami i kleszczami
  • wieloskładnikowe z komponentami odrobaczającymi → tu się zaczynają schody. O ile tego typu krople mogą tłuc robale jelitowe, sercowe, nużeńca, świerzbowca, tłuką pchły, ale NIE tłuką kleszczy. Dlatego czasem bardzo ważne jest podkreślenie, czego oczekujemy od preparatu. Tak po ludzku – nie istnieją (wedle mojej wiedzy) na obecny dzień krople przeznaczone dla psów, które działają „na wszystko”.

TABLETKI – tabletki mają za zadanie zabijać pchły i kleszcze. Nie mają działania odstraszającego. W ich skład wchodzą substancje z grupy IZOKSAZOLIN.

Akurat o tabletkach wspominałam w poprzednim tekście, przy okazji robali, więc wiemy już wszyscy, że tabletki mamy takie, które działają tylko na pchłokleszcze oraz te, które działają jeszcze na robale wewnętrzne. Ich główną wadą jest brak działania odstraszającego oraz konieczność rozpoczęcia żerowania na zwierzęciu, aby substancja zaczęła porażać układ ssący pasożyta, doprowadzając do jego śmierci. Tabletki łączone NIE WSZYSTKIE działają na nużeńca, czy świerzbowca, więc jeśli podejrzewacie problem, to warto czasem wyjątkowo nie ułatwiać sobie życia.

Dookoła tabletek narosło wiele historii – że zabijają, powodują padaczkę, sraczkę. Musimy sobie w tym miejscu po raz kolejny podkreślić jedno: KAŻDA substancja może wywołać działania niepożądane. Mój prywatny pies kiedyś puścił pawia po kroplach na kleszcze, które dostawał od lat (nie, nie podałam ich do paszczy; nie wylizał ich). Miałam jeszcze wspomnieć o tych kroplach, które nie mają działania odstraszającego – są to krople o identycznej nazwie jak najdłużej działająca tabletka przeciwko kleszczom. W skład obu preparatów wchodzi FLURALANER. Trochę inaczej się wchłaniają – działają dokładnie tak samo. Odkąd mamy izoksazoliny problemy nużycy, świerzbowców stanowczo się zmniejszyły. Czasami u pacjentów niewspółpracujących, u których podejrzenie któregoś z tych problemów jest duże jak najbardziej zdarza nam się (albo żeby się nikt z moich kolegów/koleżanek po fachu nie poczuł urażony – mi się zdarza) podawać izoksazoliny w ciemno. Dlaczego? Jeśli pies, który chce mnie zeżreć jak na niego patrzę lub jest tak przerażony, że dygocze przy próbie rozchylenia skóry to mniejszym złem jest podać mu lek diagnostycznie, niż walczyć z psem i przytrzymywać go na siłę albo sedować do pobrania zeskrobiny.

A co Paulina stosuje na własnych zwierzakach?
Moje psy dostają tabletki na kleszcze. Kiedyś też nie byłam przekonana, jednak praca na Mazowszu oraz przygarnięcie Sir Kicika do domu spowodowało, że musiałam wybrać formę ochrony bezpieczną dla wszystkich. U nas obroże odpadają, bo chłopcy śpią ze mną; większość kropli, które sprawdzały mi się na charcikach zawiera permetrynę (a ta, przypominam jest MEGA toksyczna dla kotów i może je zabić); zostały mi więc tabletki. I odpukać… Jeszcze nic się po nich nie dzieje.

W tym miejscu wspomnimy krótko o tym jak sprawa wygląda w naszej hodowli. Jak dotąd udało nam się uniknąć pcheł, mimo, że można je przywlec w zasadzie z każdej wystawy to stosowane preparaty skutecznie nas przed tym uchroniły i tu przejdźmy do kwestii zabezpieczania. Przede wszystkim mamy ogromne szczęście mieszkać w okolicy, gdzie kleszczy jest naprawdę o wiele mniej niż w innych rejonach naszego kraju. Zimy są u nas z reguły dość solidne, mamy mrozy i mamy śniegi dlatego na ochronie skupiamy się głównie od wiosny do jesieni. W naszym terenie wystarczającym jest zabezpieczenie kroplami – ze swojej strony polecam skonsultować się np. z hodowcą swojego psa, ponieważ u charcika niektóre krople mocno podrażniają skórę i uszy (powodują trzepanie głową nawet przez kilka dni od podania), a hodowca może po prostu lepiej orientować się co działa a co „szkodzi” u psów w jego liniach. U nas sprawdzają się krople z fipronilem takie jak Controline, Fiprex czy Sabunol. Nie sprawdziły się obroże – charciki przytulają się do naszych twarzy i często z nami śpią, poza tym dbamy o dobrą jakość szaty na ich delikatnych szyjach, a obroża lubi wytrzeć nieco sierść. Profilaktycznie podajemy naszym psom czystek, używamy też olejków eterycznych przy wyjściach do lasu, sadzimy rośliny odstraszające niechcianych lokatorów w naszym ogrodzie, ale umówmy się – są to działania dodatkowe i absolutnie nie polecę stosowania wyłącznie takich metod, bo nie chcę mieć żadnego psa na sumieniu. Swoim hodowlanym dzieciom, które poszły w świat zawsze rekomenduję stosowanie środków dobranych do miejsca, gdzie pies żyje. Naszym tipem jest prócz odpowiedniego zabezpieczenia po prostu oglądanie psa zaraz po spacerze. Charcik ma przewagę nad innymi psami w postaci delikatnej i przylegającej sierści, na której nic się nie ukryje, dlatego przejrzenie psa czy nawet przeczesanie gumową szczotką (lub taką z włosia) nie będzie ani czasochłonne, ani specjalnie trudne, natomiast może zaoszczędzić nam wielu nieprzyjemności. Podobnie sprawa ma się z wczesnym wykryciem wbitego kleszcza, przeglądanie psa pomoże nam to zauważyć i szybko zareagować. W naszej psiej apteczce zawsze leżą szczypce do wyciągania kleszczy, mimo, że niezmiernie rzadko po nie sięgamy to jednak warto je mieć w zanadrzu.

Jeśli chodzi o inne pasożyty to u charcika na pewno wiele razy spotykam się z tzw. nużycą młodzieńczą. Jak już wspominała Paula, nużeniec żyje na każdym psie, ale namnaża się dopiero, gdy spada odporność, co często dzieje się u psów młodych. Szczepienia, odrobaczenia, wymiana zębów, intensywny wzrost i ogólne rozchwianie rozwijającego się organizmu to świetna okazja do tego by małego charcika przyatakować. Objawia się to początkowo przez powstawanie małych plamek przerzedzonej sierści, wyglądającej jak jaśniejsze ciapki, sierść staje się tam jakby „wygryziona”, czasem pojawiają się zaczerwienienia i strupki. Najlepiej reagować dość szybko, weterynarz pobierze zeskrobinę i jeśli potwierdzi nasze przypuszczenia to zaleci zastosowanie odpowiedniego preparatu. U nas sprawdzają się te w kroplach i już po ok. 2 tygodniach sierść zaczyna odrastać.

Ponieważ przy okazji omawiania tematu pasożytów wspominałam Paulinie o różnych innych problemach takich jak, np. dziwne „placki”, przełysienia, krosty i inne odczyny na skórze to z pewnością pokusimy się o kolejny tekst, gdzie Paulina opowie w skrócie dlaczego NIE diagnozujemy psa po zdjęciu, dlaczego przy wizycie skórnej lub usznej „sprawdzamy dupkę” oraz dlaczego odpowiedź na pytanie „Co pies je?” z reguły frustruje.