JAK CHARCIK Z KOTEM

Wśród osób zastanawiających się nad rozpoczęciem swojej przygody z charcikiem włoskim bardzo często przewija się pytanie Czy charcik może zamieszkać z kotem?
Jak to zwykle bywa, tak i w tym wypadku odpowiedź niestety nie jest jednoznaczna. Choć zwykle staramy się opowiedzieć krótko o novaticowych dzieciakach, które zamieszkały w domu gdzie rządził już koci rezydent, w ogniu kolejnych zapytań z tego cyklu postanowiliśmy napisać Wam jak to wygląda z naszej perspektywy i przedstawić także opinie właścicieli takich wybuchowych duetów.

Przez wiele lat mieliśmy jednocześnie koty i psy, choć nie były to akurat charciki to jednak wiele różnych ras (w tym także myśliwskich) przewinęło się przez nasz dom. W każdym przypadku proces obustronnej akceptacji opierał się na naszej wnikliwej obserwacji na co można zwierzętom pozwolić, kiedy któreś z nich czuje się na tyle mało komfortowo, że może zareagować zbyt impulsywnie. Obu stronom dawaliśmy przestrzeń „osobistą”, gdzie mogły poczuć się bezpieczne i jeśli zabawa przestawała sprawiać któremuś radość to mogli od niej spokojnie odpocząć, wycofać się i wyciszyć.

GDY CHARCIK TRAFIA DO KOCIEGO DOMU

Hedwiga pojawiła się w domu Jumy (10 miesięcy) jako 2 miesięczny maluch i o tym jak to wyglądało opowiada nam Sandra – ich właścicielka, dziewczyny możesz obserwować TU

„Przygotowanie Jumy do tego, że pojawi się nowy domownik nie było bardzo skomplikowane. Po prostu tydzień przed tym jak odbieraliśmy Hedwigę podrzuciłam szmatkę cuchnącą (nie oszukujmy się haha) szczeniakami w okolice miejsca gdzie Juma spędza najwiecej czasu. Pierwsze dni… były zaskakujące. Spodziewałam się foszka ze strony kota, wyprowadzki na lodówkę lub innych lamentów ze strony urażonej dumy jedynaczki, natomiast już pierwszego wieczora dziewczyny ułożyły się do spania na jednym posłanku (prawdopodobnie Juma po prostu uznała, że nie ma zamiaru ustąpić swojej miejscówki). Trzeciego wieczora dziewczyny już spały przytulone do siebie. Czy ryczałam ze wzruszenia na ten widok? Owszem. Czy dalej mi się to zdarza? Pomidor.”

Faktycznie, patent z wysłaniem szmatki „nasączonej esencją szczeniaczkową” stosowaliśmy już kilka razy w przypadku domów kociarzy, do których trafiał charcik. Na dobę lub dwie zostawialiśmy w kojcu kawałek kocyka polarowego – maluchy po nim łaziły, spały na nim, czasem też oczywiście wdepnęły obsikaną łapką i o to tu chodziło – kocyk miał przesiąknąć wszelkimi intensywnymi, charcikowymi zapachami i oswoić kota z tym co go niedługo czeka. Prócz ogólnej akceptacji faktu pojawienia się psa istotne jest także jak oboje będą ze sobą koegzystować na co dzień. Oczywiście kolejną rolą właściciela jest ocena wzajemnych relacji obu gatunków i korygowanie pewnych zachować, nauka na co można sobie pozwolić.

Nie z samych wieczorów jednak składa się dzień, a przecież baterie szczeniaka ładowane są energią kosmiczną zatem była i zabawa. To jak bawią się koty a jak psy (a charciki w szczególności) to dwie różne bajki. Do tematu podeszliśmy następująco: muszą się siebie nauczyć. Oczywiście staraliśmy się być zawsze blisko żeby móc interweniować, jednak nie było wielu sytuacji, w których rzeczywiście to było potrzebne. Mamy to szczęście, że Juma nie używa pazurków a jedynie daje trzy szybkie plaski, a jak się Hedwiga zapędzi to łapie niczym zawodnik MMA i sprowadza do parteru.”

Każdy właściciel powinien liczyć się z tym, że początkowo musi poświęcić dodatkowy czas na badanie powstającej relacji i ewentualne ingerowanie w nią. Przychodzi jednak moment, że właściciel musi po prostu wyjść – do sklepu, do pracy. Jak w przypadku każdego szczeniaka tak i tu oczywiście zalecam, by początkowo przy koniecznych wyjściach zabezpieczyć psa w klatce (w pewnym sensie zamknięcie psa może być też sposobem na zabezpieczenie kota). Z czasem (raz dłuższym, raz zaskakująco krótkim) wzajemne podejście obu zwierząt może być na tyle stabilne, że bez problemu będą one zostawać razem na swobodzie, a nawet będą dla siebie towarzystwem w samotnych chwilach bez ich „pana”.

Po dwóch tygodniach zaczęliśmy zostawiać je już na szybkie wyjścia do sklepu same w domu. Zwykle po prostu szły spać, w sumie nadal to tak wyglada – my wychodzimy, dziewczyny idą spać. Hedwiga jest już z nami 7 miesięcy i zdążyła przerosnąć Jumę (jest od niej wyższa, ważą mniej więcej tyle samo). Nie powiem, że pies męczy kota, bo inicjowanie zabaw odbywa się z obu stron. Niejednokrotnie to Juma rzuca się na Hedwigę, albo biega jej przed nosem mrucząc jak mała wyścigówka i ogląda się kiedy Hedwiga zacznie ją gonić. Kiedy jedno z nas wychodzi z psem na dłuższy spacer kot po pewnym czasie zaczyna szukać, gdzie się pies podział. Nie ma tez szans zamknąć ich w osobnych pomieszczeniach – siedzą po dwóch stronach drzwi i słychać jojczenia obu żeby je otworzyć.”

Jednym z pierwszych pytań Kasi, która napisała do nas kilka lat temu w sprawie charcika było także pytanie o relacje charcików z kotami. Kasia była świadomą i dobrze przygotowaną do posiadania psa osobą, dlatego nie mieliśmy większych obaw o relacje psio-kocie jakie powstaną w jej domu. Jej kot miał wtedy już 6 lat i swoje kocie przyzwyczajenia kiedy pojawiło się u nich małe, szare tornado zwane Lavendą.

Moją największą obawą było to, jak kot, który był tyle czasu rozpieszczonym jedynakiem poradzi sobie z nowym członkiem rodziny, który będzie u nas dłużej niż tydzień. Wcześniej miał kontakt z innymi zwierzętami. Najczęściej z kotkami naszego hodowcy, które spędzały u nas „wakacje” gdy ich opiekunowie wyjeżdżali i dogadywał się super. Bobuś to typ totalnego pacyfisty. A jego motto to: „miej wyj*bane, a będzie ci dane”, kot na totalnym luzie. Jednak, przez tyle czasu nasza uwaga skupiała się w milionie procent na nim. Na początku zastanawialiśmy się nad drugim kotem, jednak on nie tolerował obcych u siebie. Tylko te, które znał. Nie wiem ile nocy myślałam nad tym jak to będzie? Na szczęście, z racji mojego zawodu, był obeznany z obcymi zapachami i nie robiło to na nim wrażenia. Pamiętam, gdy przywieźliśmy Lavendę, a to było jakoś o 5 nad ranem, to Bobuś wyszedł, spojrzał wzrokiem pełnym pogardy. Jego mina mówiła „Co to ma być? I jak długo tu zostanie?” Ale jak zobaczył śpiworek, który był dołączony do wyprawki, to natychmiast się do niego wpakował i stwierdził, że ok, może to to zostać jeśli śpiworek będzie mój (LOL). Nie zmuszaliśmy ich do kontaktu. Bobek sam zainicjował. Z racji wczesnej pory, położyłam się na kanapie, żeby ogarnąć trochę głowę. Bobuś położył się przy mnie, na swoim miejscu. Lavenda chciała jeszcze hasać, więc skakała po mnie i kocie, na co Bobek wyciągnął łapę, objął ją za szyję, przyciągnął i uwalił przy sobie małego szatanka, który po chwili zasnął. Wtedy zrozumiałam, że moje obawy mogą się oddalić. Od początku zwracaliśmy uwagę Lavendzie, że NIE WOLNO gonić Bobka. To on miał inicjować kontakt lub go przerywać w dogodnym dla niego momencie. Zadbaliśmy o to, żeby miał swoje miejsca, do których Lavenda nie będzie miała dostępu. Na szczęście Bobuś nie miał w sobie agresji za grosz. Nigdy nie syknął, ani nie użył pazurów w żadnej sytuacji. Ważną kwestią było rozdzielenie jedzenia. Ogólnie mieli wyznaczone pory na posiłki, ale Bobek, z racji swoich przypadłości musiał mieć też dostęp do miski cały czas. I tak Lavenda jadła w kennelu, a Bobek na stole w kuchni. Przez pierwsze tygodnie, pod naszą nieobecność, byli obserwowani na kamerce. Najpierw po kilkanaście minut, a potem ten czas był stopniowo wydłużany. Co nas zdziwiło, to to, że kot inicjował zabawy. Nie unikał „istoty niższej”, a wręcz był jej ciekawy. Ale dbaliśmy też o to, żeby każde z nich miało czas tylko z nami. I tak: Lavenda szła na spacer, a Bobek w tymczasie szalał za wędką lub łapał piłeczki. Potem uczyliśmy Lavendę spokojnego leżenia, gdy on ma swój czas zabawy. Jedno z nas siedziało z Lavendą, a drugie bawiło się z kotem. Lavenda była nagradzana za cierpliwość. Póki była mała, to czasami ganiali za wędką razem, jednak w miarę jej rozwoju i intensywności zabawy zrezygnowaliśmy ze wspólnej zabawy tego typu. Widzieliśmy, że Bobkowi nie sprawia ona radości, a jego samopoczucie było dla nas ogromnie ważne. Podsumowując, najważniejszy jest zadbanie o nastrój rezydenta, bo to jego świat zmienia się o 180°.”

Nasze maluchy trafiły do wielu psio-kocich domów, zdarzyło się nawet, że nasze szczenięta (łącznie trzy suczki, które dołaczały do stada co kilka lat) wyjechały do hodowli kotów. Mimo, że relacje jakie się w nowych domach wytworzyły były bardzo różne to jednak nigdy nie zdarzyło się by były one bardzo złe, by znacząco utrudniały życie ich właścicieli, albo co gorsza by charcik wrócił do nas z powodu złych stosunków z kotem. Raczej spotykamy się z odwrotną sytuacją i bardzo zaskoczyło nas (i oczywiście ucieszyło) to jak silne okazały się niektóre relacje międzygatunkowe.

Zaskoczyła mnie więź jaka między nimi się wytworzyła. Zachowywali się jak typowe rodzeństwo. Kłócili się, zaczepiali, robili psikusy, ale jak tylko któreś pisnęło lub miałknęło, to drugie biegło sprawdzić co się stało. Jak któreś chorowało, to drugie obchodziło się z nim bardzo delikatnie. Nie zaczepiało, delikatnie się przytulało. Jak nie widzieli się kilka godzin lub weekend (podczas wyjazdów na wystawy) to widać było, że cieszą się na swój widok. Jak wyciągaliśmy transportery, to ładowali się razem do jednego” – opowiada nam Kasia.

Wiele o wyjątkowości zwierzęcych relacji powiedziały nam nasze zeszłoroczne przeżycia. Po stracie każdego z naszych staruszków reszta stada naprawdę przechodziła żałobę. Zawsze wydawało nam się, że przypisywanie psom takich ludzkich odruchów to uczłowieczanie, ale my przeżyliśmy to sami, obserwowaliśmy na własne oczy jak ogromne więzi powstały między naszymi psami. Mimo, że Kasi wciąż nie jest łatwo o tym opowiadać to podzieliła się z nami tym co działo się podczas, gdy stan zdrowia Bobka zaczął się mocno pogarszać.
„Lavenda widziała pierwszy atak i całą akcję wyjazdu do szpitala. Na szczęście zostali z nią znajomi na całą noc, bo wróciliśmy nad ranem. Gdy zobaczyła, że wróciliśmy, to ucieszyła się, że jesteśmy, ale po chwili ogarnęła, że nie ma Bobusia. Szukała go i była trochę nieswoja. Zajmowaliśmy jej głowę, żeby odwrócić jej uwagę. Bobka nie było prawie tydzień. Gdy go przywieźliśmy, to bała się do niego podejść. Tak, jakby bała się, że coś mu zrobi niechcący. On był bardzo słabiutki. Ale jak się położył, to ona przytuliła się do niego. Niestety, gdy dostał następnego ataku już wróciłam bez niego. Pierwsze kilka dni było nieźle, jednak któregoś wieczoru tak jakby go szukała. Chyba doszło do niej, że zbyt długo go nie ma. Wąchała komodę, na której wcześniej była jego główna baza. Gdy ogarnęła, że już nie wróci, to była trochę wyciszona i przygaszona. Niezbyt chciała się bawić. Kolejna rzeczą było to, że w naszym domu Bobek był głównym pogromcą owadów. Lavendy nigdy nie ruszały. Ale pewnego wieczoru wleciała ogromna ćma i natychmiast zaczęła na nią polować. Przejęła po nim jego obowiązki. Tak naprawdę przywyknięcie do nowej sytuacji zajęło jej kilka tygodni. Chociaż do dzisiaj czasem zdarza jej się zajrzeć na szafkę, na której Bobuś przesiadywał.”

Kasia przyznaje, że o ich relacji można by było napisać książkę. Wypytaliśmy zatem o jakieś ciekawe sytuacje i usłyszeliśmy kilka fajnych przykładów.
„Bobek kablował na nią, gdy zlała się na dywan pod naszą nieobecność. Specyficznie wtedy miałczał i prowadził do miejsca zbrodni, albo gdy zdjęła jakieś jedzenie z blatu w kuchni. Gdy ona była po zabiegu, to też był dla niej bardzo delikatny. Nie łaził po niej, mruczał, jakby chciał sprawdzić jak się czuje. Gdy chciał się z nią bawić, to pacał ją łapą, żeby go ganiała. On robił ją w jajo i chował się do szafy w przedpokoju, a ona biegła do sypialni. Gdy wracała, to skakał na nią i wykonywał swój „taniec radości”, że znowu udało się wykiwać głuptaska. Kiedyś przyszli do nas znajomi z psem. I póki tamten był spokojny w stosunku do Bobka, to było ok, ale jaj się nakręcił, to rzuciła się na niego w obronie brata. Bobuś był tylko jej. Oni się świetnie komunikowali – jak któreś przesadzało w zabawie, to było miałknięcie albo piśnięcie i drugie odpuszczało. Gdy zasypiali, to zawsze się dotykali, chociaż łapką, ale musieli mieć kontakt ze sobą. To była bardzo silna więź.”

Świat oczywiście nie jest wyłącznie kolorowy i trzeba brać pod uwagę, że czasem pewne rzeczy mogą być nie do przejścia. Zdaniem Kasi powinniśmy sobie odpuścić wprowadzenie do domu psa, gdy kot przejawia zachowania agresywne, jest zaborczy i terytorialny. Również wtedy, gdy jest wrażliwy na wszelkie zmiany, jeśli na tym tle zdarza się zatrzymanie moczu i choroby pęcherza lub jeśli jest bojaźliwy i wycofany, to pies może go zdominować.

GDY DO DOMU CHARCIKA TRAFIA KOT

Czasem zdarza się przecież, że to właściciele charcika marzą nagle o posiadaniu kota. Na pewno trzeba przemyśleć czy pies/psy nie są nadmiernie pobudliwe i nie mają zbyt silnego instynktu łowieckiego. Idealnie byłoby też gdyby kocię pochodziło z hodowli, w której poznało psy. Kotki odizolowane od świata mogą się psa bać i ratować ucieczką, a na to każdy charcik niestety zareaguje zgodnie ze swoją naturą.

Zeszłej wiosny dziewczyny z hodowli Tesori Di Carli dołączyły do swojego stadka charcików malutką kotkę. Martyna mówi, że pierwsze chwile z kotem to była spora ekscytacja charcików i sprawdzanie na co sobie można pozwolić. Ich charciki miały już wcześniej kontakt z kotem, ale był on starszy, spokojny i totalnie przyzwyczajony do obecności psów, po prostu całkiem je ignorował.

„Pierwsze zapoznanie to było wprowadzenie tylko dorosłych charcików. Młode mogły poznać kotkę dopiero widząc, że starszyzna jej nie gania, nie zaczepia. Na pewno fajnie się złożyło, że Kikimora nie uciekała w panice na widok psów, była wychowana w domu, gdzie były też psy małej rasy i gdybym jeszcze raz szukała hodowli to na pewno wybrałabym taką, gdzie kociaki są oswojone z psami. Ale trzeba mieć świadomość, że wprowadzenie kociaka do stada psów jest zawsze znacznie trudniejsze i wymaga większego nakładu uwagi i pracy niż zapoznanie takiego malucha z tylko jednym psem, gdzie nie zadziała siła stada. Trzeba było uczyć je wzajemnych relacji i prawidłowych reakcji na różne sytuacje, ale teraz żyją w totalnej harmonii.”

Ostatnia historia jaką chcieliśmy Wam przybliżyć jest naprawdę bardzo ciekawa. Agnieszka adoptowała 6-letniego kocura, który „uciekał” z Ukrainy po wybuchu wojny. Jej charciki (dwie suczki tworzące hodowlę Abiete Silvam) nie miały wcześniej kociego towarzystwa, a ponieważ stan zdrowia kociaka pozostawiał wiele do życzenia to Staś powędrował na kwarantannę do osobnego pomieszczenia.

„Charciki bliższego kontaktu z kotami nigdy nie miały, a jemu wciąż dolegało sporo problemów zdrowotnych. Co prawda koci katar miał już za sobą, ale nadal do wyleczenia był świerzb uszny i giardie. Dopiero, gdy uporaliśmy się z tymi problemami powoli, pojedynczo i na smyczy wprowadzaliśmy do łazienki psy. Wizyty były krótkie, za odwrócenie uwagi od kota dostawały w trakcie ich trwania smaczki. Wystarczyło to przerobić kilka razy – potem kilka razy już bez smyczy (też smaczki za spokojne zachowanie) i ekscytacja nowym futrem w domu się skończyła. Nie ukrywam, że totalny luz z jakim Stasiu podchodzi do życia wiele pomógł w pogodzeniu obu gatunków w domu.”

Pamiętać należy o jeszcze innych aspektach życia codziennego, o których warto pomyśleć przed podjęciem decyzji o połączeniu dwóch żywiołów. Pierwszym z nich jest jedzenie, ponieważ koty mają inną technikę przyjmowania posiłków niż psy (a już na pewno większość charcików). Koty jedzą małymi porcjami, jedzenie często mają ogólnodostępne, żeby mogły sobie dawkować na ile mają ochotę, natomiast psy najczęściej pochłaniają swój posiłek w 5 sekund. Nie popełniajcie błędu i nie próbujcie przestawiać psa na koci sposób jedzenia. Zalegająca w misce karma znudzi się charcikowi w kilka tygodni i zacznie się poważny problem z wybrzydzaniem, poza tym nie będziesz miał kontroli nad dawkowanymi suplementami czy olejami. Pies powinien jeść swoje posiłki regularnie, a miska zaraz potem jest mu zabierana, dlatego dajmy każdemu z nich żyć po swojemu. Jeszcze przed pojawieniem się charcika w Twoim domu zacznij przyzwyczajać kota do jedzenia gdzieś wyżej, gdzie charcik nie dosięgnie (bierz pod uwagę, że charcik będzie próbował za pewne doskoczyć do tej miski, więc nie może być to brzeg blatu kuchennego, z którego bez problemu za parę miesięcy Twój maluch nauczy się zgarniać kocią miskę jednym susem). Pamiętaj też, że pies nie powinien jeść kociej karmy, choć pewnie chętnie by ją podbierał to ma ona inny rozkład substancji żywieniowych i dodatkowe składniki przeznaczone typowo dla kota. Podobnie w drugą stronę – psia karma nie nadaje się kompletnie dla kota i może mu zaszkodzić.

Agnieszka także wspomina o tym aspekcie „Teraz muszę jedynie pilnować kota w trakcie karmienia – bo charcikowe – wiecznie głodne potwory wiszą nad nim, gdy ten je – czekając tylko na moment mojej nieuwagi… Bo Stasiu sam ich nie odgoni – nawet nie osyczy w geście protestu – mogą tak spokojnie opróżnić mu miskę… A potem Stasiu głodny… Z resztą, on ciągle jest głodny i żebrze razem z charcikami nawet jak kroję marchewkę.”

Kojena rzecz to kuweta – nikt jeszcze do końca nie wie co tak wspaniałego zawiera kocia kupa, że psy ją wprost uwielbiają… Niestety, kocie odchody mogą być przez małego charcika zjadane, wyciągane i roznoszone po domu, a nawet służyć do tarzania się w tym „wspaniałym” zapachu, do tego dochodzi jeszcze możliwość zjadania żwirku, co jest absolutnie niebezpieczne dla psa. Co można z tym zrobić? Najlepszym wyjściem będzie przeniesienie kuwety do miejsca zamykanego (np. toaleta), o ile kot da sobie radę z sygnalizowaniem i zaakceptowaniem zmian, albo ostre pilnowanie (i np. zagrodzenie) kuwety przynajmniej na okres szczenięcy.

„Kolejna kwestia to kuweta. Lavenda była bardzo zafascynowana tym urządzeniem i musieliśmy ją nauczyć, że to jest święte miejsce kota, co na szczęście przyszło całkiem łatwo” – wspomina Kasia.

Drapaki i podesty – to niestety także potencjalnie niebezpieczne urządzenia. Z tyłu głowy musisz mieć zawsze fakt, że charcik może zechcieć być nagle panterą lub szympansem i stwierdzi, że w sumie jak kot wskakuje to on też może. Chodzi tu przede wszystkim o wysokie i czasem mało stabilne miejsca, z których niezdarne szczenię może spaść usiłując dorównać swojemu kociemu koledze, np. w gonitwach. Takie słupki można pozbawić np. niskiego stopnia, po którym charcik może się wdrapać wyżej.

Choć może wydawać się to sporą rewolucją to jednak wszystkie przedstawione problemy są możliwe do rozwiązania, co pokazują licznie mieszkające z kotami charciki. Z pewnością na Waszej wspólnej drodze stanie wiele trudności, albo miłych zaskoczeń, ale pewne jest, że zdrowa i wspaniała relacja między charcikiem a kociakiem jest możliwa do osiągnięcia pod jednym dachem.

Fot. z prywatnych zbiorów: Sandra Gadomska, Kasia Gutowska, Martyna Carli, Agnieszka Augustynek